A TU JEST WARSZAWA
(Fragment)
... Dnia piętnastego maja roku tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego Inspektor znalazł się w Warszawie. Powiedzeniu „znalazł się w Warszawie” można by zarzucić odrobinę przesady.
... To, co widział z okien wagonu, nie było chyba Warszawą; przypominało... nie, właściwie nic nie przypominało. Płaskie, okopcone ściany, lekko wystrzępione u góry, i czarne dziury okien. Gdzieniegdzie cudem ocalała od ognia, bezużyteczna rama okienna podkreślała pustkę...
Inspektor wyszedł z wagonu. Tłum ludziszedł w stronę miasta. Drogą w niczym nie przypominała ulicy — tylko szlak, przypadkowo przetarty przez pagórkowaty teren. Jego splatające się z wielu ścieżek, przetykane kałużami pasmo prowadziło w kierunku ściany wypalonych domów...
Wbrew przewidywaniom tłum nie robił wrażenia „opłakującego- gruzy ukochanej stolicy”. Wprost przeciwnie, był ruchliwy, gwarny i — o dziwo! — całkiem wesoły.
Przekupki, sławne warszawskie przekupki, trwały na posterunku. Ich pyskata indywidualność wypełniała w sposób zdecydowany całą przestrzeń placu. Reszta służyła jako tło. Ale tło nie pozbawione swoistego kolorytu i siły wyrazu. Stroje były, mówiąc najskromnie, przypadkowe. Noszono je ze swobodą i fantazją. Poza tym każdy prawie przechodzień dźwigał tobołek, walizę albo inny co dziwniejszy przedmiot. Obywatel w pasia stych pidżamowych spodniach i słomkowym kapeluszu parado
wał dzierżąc pod każdą pachą wałek od kanapy. Dwie panienki w nieprzemakalnych płaszczach niosły stolik obrócony do góry nogami, między którymi zwalona była piramida wszelkiego rodzaju gratów...
Zagospodarowują się — pomyślał Inspektor.
Szedł Grójecką i skręcił w Mochnackiego. Zupełna pustka i pogorzelisko. Ludzie nie mieli tu czego szukać...
Dzikie wino zieleniło się wspaniale na okopconych ścianach. W ogródkach kwiaty i krzewy, zostawione sobie samym, rozpleniły się w bezczelny sposób. Bujność roślinności podkreślała jeszcze bardziej pustkę tych miejsc...
Zbliżał się do Marszałkowskiej. Na Hożej z przyjemnością obejrzał nie zniszczony dom. Wprawdzie gdyby mu w czasach przedwojennych pokazano taką budę, skrzywiłby się z obrzydzeniem. Poczciwe domisko sterczało jakby zawstydzone tym, że nie spaliło się jak jego najbliżsi sąsiedzi. Poobijane też było niezgorzej. Ściany ospowate od gęstych śladów pocisków. Szyby częściowo wstawione, reszta okien pozatykana prowizorycznie.
Ale stał na swoim miejscu, a z kominów szedł dym równiutki mi słupami.
Na Marszałkowskiej ruch był ogromny. Gdzieniegdzie w podłatanych parterach widać już było sklepy. Czym tu handlują — zastanawiał się przybysz — i kto to kupuje, i za co? Handlowa no właściwie wszystkim. Sklepy spożywcze, galanteryjne, an
tykwariaty... Parę lotnych księgarni na wózkach...
Zbaczał co chwila, porwany pasją zobaczenia wszystkiego od razu. To było jego miasto — beznadziejnie chore i wynędzniałe, niektórzy twierdzili nawet, że martwe. Martwe nie było na pewno. Co do tego był spokojny. Cóż... można nawet wszystkie budynki zburzyć, nawet miejsca po nich zaorać... Miasto tworzą ludzie, a ci powrócą na pewno. I wtedy — Inspektor mówił to sobie z naiwną dumą — wtedy przydamy się my, architekci. Potrafimy przecież odtworzyć wszystko to, co było cenne, to, co zrosło się z nazwą Warszawa w nierozłączną całość. Toteż mimo całej przeraźliwości oglądanych widoków czuł się podniesiony na duchu. Nie było tak źle, jak mówiono. Miasto jest zburzone, ale żyje, i to żyje dosyć intensywnie.

In my recording I said the word "pidżamowych" as "piżamowych", because that's how I say it and that's how most people I know say it, but I wanted to note it just in case anyone wondered